Świat poczeka, ale czas już nie

Świat poczeka, ale czas już nie

Codzienność bywa bezlitosna. Co rano budzę się z całą listą rzeczy do zrobienia w głowie – szybkie śniadanie, przedszkole, zakupy, praca, obiad, kupić żyrandol do przedpokoju, wyprowadzić psa, odpisać na maile, wrzucić coś na Instagrama, kupić pomarańczowy owoc na dzień kolorów w przedszkolu, napisać wpis na bloga, zrobić pranie i nie zapomnieć go wyjąć… Tę listę można mnożyć. I gdzieś pośrodku tego jest on, ten najważniejszy, mój syn.

Muszę się do czegoś przyznać. Mam na imię Ewa i jestem pracoholikiem. Nie chcę nim być, nawet nie za bardzo to lubię, ale cóż, jestem. Poza rodziną, praca to mój drugi priorytet. Jestem uzależniona od rozwoju, wyzwań, małych sukcesów. Nie umiem leżeć bezczynnie, zawsze coś wtedy rysuję albo myślę o kolejnym projekcie. Szczerze mówiąc, czasem nie mogę wczuć się w zabawę klockami, bo wolałabym w tym czasie być przy komputerze. Walczę z tym, ale taka jest rzeczywistość.

Świat poczeka, ale czas już nie

Tak bardzo chciałabym poświęcać mojemu dziecku większość mojej uwagi i czasu, ale tak bardzo jest to na co dzień nieosiągalne. W końcu samo się nie zrobi. Tak łatwo jest wpaść w rutynę, wir codziennych obowiązków, te wszystkie „nie teraz”, „za chwilę”. Potem opadam z sił i wyjście na plac zabaw mnie przerasta. Z resztą tyle rzeczy w tym czasie mogłabym zrobić. Szukanie spokoju i równowagi w tym szalonym świecie jest cholernie trudne.

W tym tygodniu, kiedy wreszcie (!!) wszystko mam w miarę ogarnięte na bieżąco, pozwoliłam sobie na większą dawkę „tu i teraz”. Wracając któregoś dnia z przedszkola, Piotruś spytał, czy pojedziemy rowerem nad staw, tam gdzie mieszkają kaczki. Zanim umysł zaczął podpowiadać mi wymówki, bo za daleko, bo nie mam siły, bo plecy mnie bolą, bo coś tam, powiedziałam, że pewnie, pojedziemy. Starając się nie myśleć o tym, że pewnie będę musiała jego rower targać z powrotem, gdy jemu się znudzi, z uśmiechem na twarzy poszliśmy. To było naprawdę przyjemne i relaksujące popołudnie. Takie, jakich potrzeba nam więcej. I mimo że wróciłam totalnie zmęczona, bo musiałam pchać go pod górkę, gdy „jego nogi przestały działać”, to byłam szczęśliwa patrząc na jego radość.

Świat poczeka, ale czas już nie

Moja teściowa zawsze powtarza, że kiedyś macierzyństwo było inne, łatwiejsze. Że nie było czegoś takiego, jak usypianie dziecka. Dziecko jadło kolację, kąpało się, kładło się je do łóżka i wychodziło z pokoju. Może i rzeczywiście czasem bym tak chciała, bo te wieczorne rytuały potrafią przeciągać się w nieskończoność, ale żeby tak codziennie? Nie… Uwielbiam ten moment, kiedy Piotruś zasypia (dobra, najlepiej szybko), a ja nie jestem w stanie wyjść z jego łóżka, bo chcę go przytulać i całować jego słodką główkę. Wtedy nie liczą się te wszystkie fochy, humory i histerie z całego dnia. Jest tylko miłość, bezgraniczna i ogromna. Uwielbiam śmiać się z nim przed snem, łaskotać i rozmawiać o tym, jak minął dzień. To są te chwile, które dają siłę do walki z codziennością. To są wspomnienia, które mimowolnie będą wracać w jego i mojej pamięci. A ile nam jeszcze ich zostało? Kilka lat? W końcu dzieci tak szybko rosną.

Świat poczeka, ale czas już nie

Świat poczeka, ale czas już nie. Dlatego uczę się zdrowej równowagi. Uczę się odcinać od obowiązków, zostawić je na potem i być w stu procentach z moim dzieckiem. Niedługo już nie będzie tak samo, moja uwaga będzie dzielić się na dwójkę. To ostatnie takie lato, kiedy całą rodzicielską miłość mogę przelać na starszego syna. I kiedy nie ma mnie na Instagramie – jestem z nim. Kiedy przez tydzień nie ma nowego wpisu na blogu – jestem z nim. Kiedy spóźniam się z odpowiedzią na maile – jestem z nim. Bo właśnie to jest w życiu najważniejsze.

Zdeklarowana freelancerka - Surface Pattern Designer. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Wyciskacz doby i ogarniacz chaosu.

Poprzedni wpis
Kolejny wpis
Więcej w Macierzyństwo
Pozytywna Dyscyplina - moje ulubione techniki
Pozytywna Dyscyplina – moje ulubione techniki

Z trzylatkiem do kina
Z trzylatkiem do kina

Zamknij