Rezygnacja nie zawsze oznacza porażkę – #the100dayproject

#100dayproject

Mój #the100dayproject na Instagramie zaczęłam spontanicznie. Pomyślałam, że fajnie będzie zobowiązać się do rysowania czegoś codziennie. Miałam nadzieję wyćwiczyć sobie w ten sposób kreatywną dyscyplinę i warsztat. Postanowiłam więc przez 100 dni rysować bohaterów najróżniejszych bajek, książek i filmów.

Timing zapowiadał się dobry. Początek wiosny, koniec zimowych wirusów, wydajność na pełnych obrotach. Jednak nie wiedziałam wtedy, że za chwilę będę w ciąży, razem z całym dobrodziejstwem atrakcji pierwszego trymestru, a moje dziecko będzie nadal wpadać z jednej choroby w drugą. Miałam więc lekkie poślizgi, ale generalnie dawałam radę, wyzwanie cały czas szło do przodu.

W międzyczasie ruszył globalny #the100dayproject – dałam się im doścignąć i dobrze zadziałało na moją motywację tworzenie razem z resztą świata. Dotarłam do 74-tego dnia, już widziałam linię mety i… poddałam się.

Rezygnacja nie zawsze oznacza porażkę

Wiele mądrości mieści się w stwierdzeniach typu: „Nie poddawaj się, dasz radę, przetrwasz każdy kryzys, tylko nie przestawaj!”. Sama często dopinguję tak siebie i innych. Ale trzeba wziąć pod uwagę pewne zastrzeżenia. Co, jeśli zobowiązanie, którego się podjęłaś, zaczęło bardzo kolidować z życiem osobistym? Albo naraża Twoje zdrowie? Wtedy zaprzestanie nie jest porażką. Wręcz przeciwnie, jest oznaką dojrzałości.

To, że z czegoś rezygnujesz nie znaczy, że odniosłaś porażkę.

Często zrezygnowanie z czegoś oznacza po prostu przejęcie kontroli nad swoimi priorytetami. Zrobienie miejsca na rzeczy w tej chwili ważniejsze. Tak też było w moim przypadku.

Pewnie, że wjechałam sobie na ambicję. Chciałam dotrwać do końca wyzwania, udowodnić sobie, że potrafię. Ale z drugiej strony nie do końca o to chodziło mi w tym projekcie. To nie zwycięstwo było moim głównym celem, tylko praca nad sobą, nad swoim stylem. I z czystym sercem mogę przyznać, że udało mi się osiągnąć to już tego 74-tego dnia.

Co dał mi udział w wyzwaniu #the100dayproject?

Biorąc udział w wyzwaniu przede wszystkim udowodniłam sobie, że potrafię myśleć kreatywnie na zawołanie. Nie zawsze miałam czas, by długo zastawiać się nad tematem kolejnego rysunku. Nieraz było to dosłownie 15 minut przed snem i z tego też powstawały fajne projekty.

Kluczową cechą dobrze prosperującego artysty jest umiejętność tworzenia projektów bardzo dobrej jakości w krótkim czasie. Dzięki temu może osiągnąć wysoką efektywność i realizować wiele zleceń. Nie każde z nich będzie arcydziełem, ale każde może zachwycać jakością i pomysłem. 74 dni wyzwania znacznie wpłynęły na moje tempo rysowania. Nauczyłam się szybciej przechodzić do działania, nie tracąc czasu na długie rozkminki.

Takie wyzwanie to również dobra okazja na zabawę stylem. W moim założeniu trzymałam się głównie jednego klimatu, ale pozwalałam sobie na eksperymenty, zabawę kreską, kolorem. Projekt dawał mi też codziennie content do umieszczania na Instagramie, co jak wiadomo, dobrze wpływa na zasięgi. Z niektórych rysunków powstawały wzory, inne wzbudzały pozytywne emocje, przywołując wspomnienia z dzieciństwa moich fanów. Fajnie było podyskutować na temat ulubionego odcinka „2 Stupid Dogs” czy przypomnieć sobie świat Jetsonów. Rysując niektóre postaci zauważyłam też, jaki podświadomie wpływ wywarły oglądane przeze mnie bajki na mój styl.

Rezygnacja jest krokiem naprzód

Nie lubię rezygnować z czegoś, czego się podjęłam. Ale przyszedł taki moment, gdzie po spędzeniu z dzieckiem wieczoru na Izbie Przyjęć, z moim przeziębieniem, wyczerpaniem do tego stopnia, że ledwo udało mi się uniknąć omdlenia stwierdziłam, że muszę trochę odpuścić. Z czegoś zrezygnować. Bo zdrowie Piotrusia, moje i naszego drugiego dziecka jest teraz najważniejsze.

Nie obawiaj się porażki – to nie porażka, ale mało ambitny cel jest błędem. W wielkiej próbie honorowo jest nawet polec. Bruce Lee

Mogłabym urwać #the100dayproject po cichu, udawać, że nic się nie stało, zapchać Instagrama innymi zdjęciami, może nikt by nie zauważył. Ale chcę być fair wobec ludzi, którzy mi dopingowali.

Mój kreatywny idol Andy J. Miller, lider tegorocznego wyzwania #the100dayproject zrezygnował w 31 dniu. Był akurat w rozjazdach, miał wolną godzinę i wiedział, że to jedyna chwila, kiedy będzie mógł narysować ilustrację. Z drugiej strony, obiecał swojej córeczce, że zadzwoni do niej na FaceTime. W końcu wybrał to pierwsze. Potem do końca wyjazdu nie mógł sobie tego wybaczyć i postanowił przerwać wyzwanie.

#100dayproject

Rezygnacja i porażka to dwa zupełnie różne pojęcia. Porażka ma miejsce wtedy, kiedy nie masz na to wpływu. Rezygnacja oznacza przejęcie kontroli nad sytuacją. U mnie udział w projekcie zbiegł się z ciążą, zapaleniem oskrzeli, ospą, zapaleniem migdałków i kontuzją nogi mojego dziecka, a co za tym idzie trafił na mój spadek formy i deficyt czasu. No nie przeskoczę ;)

Tego typu wyzwania są po to, żeby zmotywować się, popracować nad sobą i swoją kreatywnością. Ale nic na siłę. Bardzo fajnie bawiłam się przez te 74 dni i na razie wystarczy. Cieszę się, że kilka z Was też postanowiła dołączyć do tego projektu. Teraz przyznać się, która jeszcze daje radę? :D

Zdeklarowana freelancerka - Surface Pattern Designer. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Wyciskacz doby i ogarniacz chaosu.

Poprzedni wpis
Kolejny wpis
Więcej w Kariera
Co słychać na freelansie 17
Co słychać na freelansie? #17

10 oznak tego, że kochasz swoją pracę
10 oznak tego, że kochasz swoją pracę

Zamknij