Slow life w moim rytmie

Slow Life w moim rytmie

Uwielbiam ten cały trend slow life. Tak bardzo przemawia do mnie celebracja spokoju, małych przyjemności i bycia tu i teraz. Ale żeby tak całkiem? Nie, u mnie to niemożliwe.


Slow life to dla mnie życie w harmonii ze sobą. To znalezienie czasu na poranną kawę, wieczorną książkę, spokojny spacer, chwilę modlitwy lub medytacji, bez tego drażniącego uczucia, że w tym momencie powinnam robić milion innych rzeczy. To cieszenie się chwilą i decydowanie o tym, by być szczęśliwą właśnie w tym momencie. Z tym, co mam i z tym, czego nie mam. Ale z drugiej strony czuję, że muszę ciągle coś robić, za czymś gonić, skakać w ogień i zdobywać w świat. A w rytmie slow zajmie mi to cholernie dużo czasu!

Problem z orientacją

Mam beznadziejną orientację w terenie. Ale to naprawdę beznadziejną. To, że gubię się w Warszawie, to pikuś. Że szukam samochodu na parkingu – normalka. Ale ja nawet nie umiem wrócić do właściwej ławki w kościele po komunii. A w pierwszym roku mojego mieszkania w Warszawie nie umiałam trafić do mojej klatki, gdy weszłam na osiedle od drugiej strony.

Trasę Radom-Warszawa pokonuję dość często i najdłuższy odcinek już mnie nie stresuje. Cały czas prosto, zjazd Opacz, Konotopa i dalej prosto. Dopiero w stolicy robi się ciekawie. I podobnie mam w życiu. Spora część to te spokojne odcinki, które pokonuję z pamięci. Codzienna praca, dom, rodzina, przyjemne życie. Ale co jakiś czas puszczam kierownicę i sama nie wiem, co się dzieje. Rzucam się w nieznane, biorę na głowę milion obowiązków, doby nie wystarcza do zrealizowania planów. Jest adrenalina, fun, jazda bez trzymanki – i właśnie te momenty, choć stresujące, posuwają mnie do przodu.

Stabilna codzienność jest fajna. Cały czas prosto. W mojej pracy najbardziej lubię właśnie takie spokojne dni, kiedy tworzę, nikt mi nie przeszkadza, nikt nie dzwoni, nikt nic ode mnie nie chce. Ojeju, jak ja to uwielbiam. Ale nie byłabym sobą, gdybym długo wytrzymała w tym stanie. Co jakiś czas musi pojawić się jakiś zakręt, challenge, wyzwanie! Napisanie książki w cztery miesiące, sześć zleceń jednocześnie, do tego dorzucę sobie spontaniczny rebranding i trzydniowe targi. Musi być hardcore, wtedy czuję, że żyję. Właśnie wtedy wskakuję na wyższy poziom. W te spokojne dni ładuję energię i zbieram siły właśnie na takie zakręty. Zakręty, których podejmuję się, nawet nie wiedząc, o co chodzi i dokąd zmierzam.

Slow life w moim rytmie

Slow life na piątym biegu

W strefie komfortu jest bardzo wygodnie. I wtedy slow life smakuje najlepiej. Ale sztuką jest odnaleźć swoje slow w chwilach, gdy trzeba jechać na piątym biegu. Wtedy mój slow life to kawa i piętnastominutowa przerwa między zleceniami. To gorąca kąpiel i książka po ciężkim dniu. To celebracja małego sukcesu i spokojny wieczór na kanapie. To wygodny dres i lampka wina przy wieczornej pracy. To śniadanie zjedzone wyjątkowo nie przy komputerze. To weekend bez pracy. To najzwyklejsze ciepłe momenty, które umilają codzienny bieg. To świadomość, że szybkie tempo to tylko etap, po którym znowu wrzucę na luz.

My, ludzie kreatywni, wcale nie mamy łatwo w tym świecie biznesu. Z jednej strony musimy być przedsiębiorczy, dynamiczni, szukać okazji do rozwoju i trzymać rękę na pulsie. Ale jednocześnie do tworzenia potrzebujemy spokoju i czystego umysłu. Tego nie da się osiągnąć w codziennym biegu. Sama widzę u siebie chwile kreatywnego kryzysu, gdy coś mnie stresuje, męczy i zaprząta myśli. Trudniej wtedy o dobre pomysły. W miejsce spokoju wkrada się presja, że przecież muszę – muszę lepiej, wydajniej, muszę mieć dobry pomysł, a najlepiej od razu cztery. I blokada murowana. Nie raz w takich chwilach stwierdzałam, że przydałby mi się psychoterapeuta albo przynajmniej prywatny coach, który postawi mnie do pionu.

Wyjściem z takich sytuacji jest właśnie slow life. Ale taki mój, według mojej własnej definicji. To umiejętność odpuszczenia, słuchania intuicji, to poczucie, że nic nie muszę, wszystko mogę. To przyzwolenie na chwilę odpoczynku i zebranie myśli. To odnalezienie życiowej harmonii.

Ciekawość świata nie pozwala mi usiedzieć w miejscu. Do działania potrzebuję szybszego rytmu. Ale właśnie slow life pozwala mi dostrzec to, co trudno zauważyć w biegu. Pozwala mi nie zwariować.

Zdeklarowana freelancerka - Surface Pattern Designer. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Wyciskacz doby i ogarniacz chaosu.

Poprzedni wpis
Kolejny wpis
Więcej w Prywatnie, Rozwój
Jak osiągnąć sukces w 2018 roku?
Jak odnieść sukces w 2018 roku?

Podsumowanie roku 2017 i plany na Nowy Rok
Podsumowanie roku 2017 i plany na Nowy Rok

Zamknij