Dwa lata, a pamiętam jakby to było wczoraj

2 lata, a pamiętam jakby to było wczoraj

Pamiętam, jakby to było wczoraj. 30-stego stycznia 2015 roku ze skierowaniem od lekarza, kupując po drodze dwie pary butów, udałam się do szpitala na Oddział Patologii Ciąży. Na szczęście Piotruś podzielał moje zdanie, że łóżka na patologii są wybitnie niewygodne, i następnego dnia zaczął dawać się we znaki.


Od rana pojawiały się skurcze – przepowiadające, mówili. Dzień minął więc na odwiedzinach i obstawianiu, do ilu dobije wartość na KTG przy każdym skurczu. Wieczorem, po obchodzie, znowu podpięli mnie pod aparaturę. Bo KTG dobre na wszystko! Położna stwierdziła, że bardzo ładne wyniki, ale to jeszcze nie to. Tymczasem mnie zaczęło mdlić z bólu przy dwóch kolejnych skurczach. Pytam więc, jak będą bolały te właściwe, skoro przy tych mi już niedobrze. „Bardziej” – usłyszałam w odpowiedzi – „do rana na pewno się nie zacznie, proszę spać”. „Taaa, sama sobie śpij z takim bólem” – pomyślałam.

O godzinie 19-stej zaczęło robić się nieciekawie. Ból nie pozwalał leżeć w łóżku, więc zaczęłam spacerować po korytarzu. Chciało mi się płakać na samą myśl, że będzie tak boleć całą noc, a to nawet jeszcze nie to. Łukasz miał do mnie jeszcze przyjechać, ale mówiłam, że bez sensu, bo nie rodzę. Ten się jednak uparł.

Położne akurat poszły na przerwę, więc nie miałam kogo poprosić o środki przeciwbólowe. Spacerowałam więc w tę i z powrotem, zwijając się co kilka metrów z bólu. W końcu pojawiła się położna i nieśmiało spytała, co ile mnie tak boli. „Co trzy minuty” – powiedziałam. Wezwała lekarza, żeby łaskawie zerknął na moje KTG robione pół godziny wcześniej. „Na porodówkę z tą panią!” – usłyszałam magiczne słowa. Zadziwiające, jak ból przestaje przeszkadzać, gdy sytuacja nabiera sensu i rozpędu.

2 lata, a pamiętam jakby to było wczoraj

Wpadłam do sali po moje rzeczy, pożegnałam się z koleżankami i pozwoliłam sąsiadce, czekającej od 2 tygodni na akcję, zająć moje łóżko, bo porody przyspiesza. Blok porodowy był pusty, można było wybrać miejscówkę. Wybrałam salę do porodu rodzinnego, all inclusive, a co, jak rodzić to na poziomie. Szybki wywiad, przygotowanie, KTG, badanie – 5 cm rozwarcia. „Rodzimy, moja droga! No chyba, że się zatrzyma, wtedy proszę iść spać”. „Taaaa, sama sobie idź spać z takim bólem” – pomyślałam drugi raz tego wieczora. I postanowiłam zrobić wszystko, żeby się nie zatrzymało.

Padło pytanie, na które od zawsze znałam odpowiedź – „Czy życzy sobie Pani znieczulenie?”. „Nie, chyba dam radę” – powiedziałam, zaskakując samą siebie. W razie potrzeby położna była w gotowości ze swoim arsenałem środków znieczulających. Jednak nie po to opanowywałam w szkole rodzenia oddechy, pozycje, ćwiczenia, żeby nie móc skorzystać z okazji ich przetestowania. Na żywioł lecimy!

„Cholera, zostawiłam ładowarkę na patologii!” – przypomniało mi się między skurczami. Mąż skoczył po nią, dając przy okazji dziewczynom znać, że rodzę.

W międzyczasie wskoczyłam do wanny. Oooch jak przyjemnie było polewać się po brzuchu gorącą wodą podczas skurczy. Czułam się jak wieloryb wyrzucony na brzeg. Humor mi dopisywał, rozmowa się kleiła, zapowiadało się sympatycznie. Po godzinnej kąpieli sprawdzamy jak ma się sytuacja – 6 cm – idziemy do przodu! W międzyczasie przyszło kilka skurczy i już wiedziałam, że będę robić wszystko, żeby tylko nie musieć leżeć.

Wybrałam piłkę. Najchętniej nie schodziłabym z niej do końca. Mąż dzielnie masował mi plecy i słuchał rozkazów. Podłączony do ładowarki zdawał na bieżąco relacje rodzicom. Myślałam, że byłam gotowa na siódmy centymetr i kryzys, o którym krążą legendy. Położna podpowiedziała, że można krzyczeć i bluźnić, bo to pomaga. „O kurwa, ale boli!” – cichutko skorzystałam z okazji. Wiedziałam, że na znieczulenie już za późno. Skupiałam się na oddechu, bo kontrolując go, opanowałam do perfekcji powstrzymywanie się od wymiotów przy skurczach. Nie za każdym razem się udawało, ale statystyka była niezła. Najgorsza była końcówka, gdy nie było mi wolno jeszcze przeć, a dziecko uparcie cisnęło już przez ostatnią prostą. „Sama sobie nie przyj, jak jesteś taka mądra” – pomyślałam, kierując te słowa do położnej. Bezczynność była strasznie męcząca.

2 lata, a pamiętam jakby to było wczoraj

Końcówka niestety musiała odbyć się na łóżku, żeby lekarz miał wszystko pod kontrolą. Męża wolałam trzymać przy swojej twarzy. Cytując lekarkę z ostatniej części Bridget Jones, „ten” widok przypomina pożar w ulubionym barze. Lepiej, żeby nie patrzył.

„Jeszcze 5 skurczów na lewym boku, 5 na prawym i przemy!”. Odliczałam więc. 10, 9, 8… wbijałam palce w materac. 7, 6, 5… Kurczowo trzymałam się bluzy męża. 4, 3, 2… Zagryzałam rękę i koszulę nocną. 1… i wreszcie! Mogę przeć! W tym momencie kompletnie przestałam czuć ból. Musiałam się maksymalnie skupić, żeby wiedzieć, kiedy mam skurcze i mogę przeć. Równo o godz. 00:00 odeszły mi wody. „Poleciało coś??” – spytała zdziwiona położna. Musiała mrugnąć w tym momencie i nie zauważyła. Miałam małowodzie, więc przypominało to strzał z jajka-psikawki w Wielkanocny Poniedziałek. Znowu zdziwiło mnie, jak ból nagle ustąpił, gdy odzyskałam kontrolę nad sytuacją. Spojrzałam przed siebie na dopingującą grupę wsparcia – dwie położne, lekarza, ordynatora, panią z wiadrem, gotową do sprzątania, gdy będzie już po wszystkim. Nawet nie wiem, kiedy wszyscy się pojawili, ale ich doping był bardzo budujący.

1 lutego o godz. 00:20 zostałam mamą. Mamą słodkiego, pomarszczonego bobaska. Wygrałam zakład, bo położna obstawiała, że będzie styczniowy. Ja wolałam luty, bo z ZUSem wygodniej. „Dziękuję, jaki śliczny! Jakie ma fajne włoski!” – powiedziałam, gdy położyli mi go na brzuchu. Czułam się tak, jakby dali mi prezent. Idealny, jakby znali mój gust. Zapomniałam już o bólu, o tym, że właśnie przed chwilą przepchnęłam przez siebie czterokilogramowego człowieka. To wszystko stało się takie abstrakcyjne. Spojrzałam w jego ciemne oczka i przepadłam. Piotruś ssał kciuk. „Ssiesz kciuka?” – z mężem jednocześnie zacytowaliśmy księcia Juliana. W tej chwili zakochałam się na nowo w moich mężczyznach. W naszej rodzinie.

2 lata, a pamiętam jakby to było wczoraj

Ból porodowy szybko się zapomina. Ale nie da się zapomnieć emocji, które mu towarzyszyły. Teraz patrzę na mojego dwuletniego, dużego już chłopca. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno był taki malutki i bezbronny. Co roku będą przypominać mi się nasze pierwsze chwile, początek naszej wspólnej przygody. Co roku będę wzruszać się na to wspomnienie. I tak jak podczas porodu dopingowałam mu na tej pierwszej przeprawie, tak zawsze będę przy nim, by wspierać go w zmaganiach codzienności.

Rośnij duży mój syneczku! Bądź odważny i zdobywaj świat :)

Zdeklarowana freelancerka - Surface Pattern Designer. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Wyciskacz doby i ogarniacz chaosu.

Poprzedni wpis
Kolejny wpis
Więcej w Macierzyństwo, Prywatnie
Blisko z Tobą być
Blisko z Tobą być

Na nowo uczyć się radości
Na nowo uczyć się radości

Zamknij