Nie lubię przemęczać się w poniedziałek

Nie lubię przemęczać się w poniedziałki

Nowy tydzień można zacząć na wiele różnych sposobów. Można wystartować z werwą, ambitnie i niczym Uma Thurman w żółtym stroju miażdżyć kolejne zadania z listy na cały tydzień. Można też leniwie, powolutku, udając, że weekend to pojęcie względne i wcale się jeszcze nie skończył.


Mimo że jako freelancer nie mam szefa, na którego narzekam, nie muszę wstawać w tę jesienną szarówkę o 6 rano i krokiem zombie zmierzać do biura, to nie lubię poniedziałków. Tak z zasady chyba. Wiem, że chodzi o nastawienie, nowy początek, nowe możliwości, tyle szans, tyle godzin do wykorzystania!

Ale nie. Jednak nie lubię ;)

Dlatego też, korzystając z mojej swobody freelancera, staram się uprzyjemniać sobie ten przykry dzień tygodnia. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie idea zamknięcia większej ilości tematów w piątek, zrobienia czegoś na zapas. Dzięki temu nowy tydzień zaczynam z poczuciem kontroli nad sytuacją i mogę powolutku wdrażać się w poweekendową rzeczywistość.

Każdy poniedziałek zaczynam powoli. Najpierw śniadanie, kawka, odcinek „Na noże”, czasem jeszcze „Masterchef”. W końcu są priorytety. Pamiętasz o masce tlenowej? Potem prysznic, makijaż (dobra, dziś nawet na ten makijaż nie miałam energii) i chwilka przy komputerze. Sprawdzam pocztę, obowiązki na ten tydzień, szybciutko załatwiam to, co pilne i koło południa wrzucam na luz. W końcu czeka jeszcze zaległy odcinek „Rozwodu” z Sarah Jessica Parker. No bo jak nie trzeba, to ja się nie spieszę. Czasem coś jeszcze narysuję, zaplanuję, czasem coś napiszę, ale bez spiny. Luuuuuz.

Niedawno podczas ciekawej wymiany poglądów, zgodnie z moim rozmówcą stwierdziliśmy, że w życiu przede wszystkim powinno być przyjemnie. Że tą bazą, od której startujemy, nie powinna być praca, szczególnie na takich obrotach, że na przyjemności niewiele czasu już zostaje. Czy nie lepiej jest to odwrócić? Nie mówię tutaj o lekceważeniu obowiązków. Z resztą trochę mnie już znasz, wiesz, że ja to raczej z tych ambitnych ;) Ale nie po trupach, nie ponad siły. Wiem, co powinnam zrobić w tym tygodniu i ustawiam to sobie tak, żebym właśnie w poniedziałek mogła odpocząć.

A we wtorek? We wtorek to już co innego! Po tak przyjemnym starcie, drugiego dnia to ja mogę góry przenosić! Akumulatory naładowane, jestem zwarta i gotowa do pracy. Zmuszając się w poniedziałek do rzeczy produktywnych, i tak nie osiągam satysfakcjonujących efektów. Wolę odpuścić, zrobić tyle, na ile mam siłę. We wtorek wszystko nadrabiam w o wiele krótszym czasie.

Poniedziałek często jest przepowiednią dalszej części tygodnia. Jeśli zaczniesz go z kopyta, produktywnie, to może i cały tydzień pociągniesz na takim poziomie. Ale jeśli się przepracujesz, to już koło środy będziesz padać na twarz. Bo nawet jak na starcie zrealizujesz połowę tygodniowego planu, to zawsze coś jeszcze wyskoczy. A jak zaczniesz powoli, z uśmiechem? O ile tylko nie poddasz się prokrastynacji, to może i kolejne dni uda Ci się przeżyć na satysfakcjonującym poziomie, w harmonii między produktywnością i odpoczynkiem. Pomyśl o tym!

Właśnie po to jest wolność freelancera. Wolność, z której korzystam. Mogę decydować o tym, kiedy pracuję, żeby robić to zgodnie z moją wydajnością, poziomem energii i entuzjazmu. Szczególnie jesienią, kiedy w poniedziałkowe poranki naprawdę trzeba walczyć o chęć do życia ;)

Nie lubię przemęczać się w poniedziałki. Więc skoro nie muszę, to po co?

A jaki jest Twój przepis na udany poniedziałek? :)

Zdeklarowana freelancerka - Surface Pattern Designer. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Wyciskacz doby i ogarniacz chaosu.

Poprzedni wpis
Kolejny wpis
Więcej w Kariera
Jak wywalczyć swoją wolność na freelansie?
Jak wywalczyć swoją wolność na freelansie?

Co słychać na freelansie? #8
Co słychać na freelansie? #8 + wyniki konkursu

Zamknij