Mam do tego prawo!

Mam dziś gorszy dzień. Gorszy dzień poprzedzony ciężkim poprzednim tygodniem, który spędziłam u mojej siostry i jej córeczki. Miało być miło i przyjemnie, dzieci miały się razem bawić, żebyśmy mogły zająć się sobą. Eheee…


Piotrusiowi wychodzą czwórki, wszystkie cztery. Wychodzą już dość długo i wyjść nie mogą, ale co parę dni dziąsła postanawiają puchnąć i utrudniać życie jemu i mnie. Oczywiście uaktywniły się akurat w zeszłym tygodniu. Marysia natomiast ma powrót lęku separacyjnego i oddalenie się mamy na dwa metry powoduje płacz w najwyższej skali. W czwartek zostałam z dziećmi sama na dwie godziny. To były ciężkie dwie godziny.

Mój szwagier się rozchorował, więc ewakuował się z domu, zostawiając nas same z dziećmi. W dobrej wierze oczywiście, żeby się nie zaraziły. Zarazki jednak postanowiły zostać z nami na dłużej. Do utrudnionego już Marysinego usypiania, które wymagało odkładania jej do łóżeczka 36 razy, doszedł wybudzający ją co jakiś czas kaszel. A Piotruś, jako troskliwy brat, postanowił się przyłączyć.

Tak oto od wczoraj nasz dzień umilają inhalacje i syropki. Nie ma tragedii, bo to tylko lekki kaszel, ale w połączeniu z ząbkowaniem powstaje mała maruda. Ja natomiast nie zostaję w tyle i dotrzymuję dziecku towarzystwa z bólem głowy i katarem. Wyjątkowo późno wstaliśmy, więc dzień zrobił się o dwie godziny krótszy. Tyle wystarczy, żeby towarzyszyło mi poczucie, że z niczym się nie wyrabiam.

W sobotę urządzamy przekładane trzy razy urodziny Piotrusia. W obliczu szalejącej grypy ostateczna lista gości i tak stoi pod znakiem zapytania. Poza przygotowaniami ciągnę oczywiście kilka zawodowych projektów. Chodzę spać o 2-giej i wstaję o 7. Nie licząc dzisiejszego drzemania do 10 ;) Lubię trzymać tempo i mieć napięty grafik, ale w towarzystwie przeziębienia organizm zaczyna upominać się o swoje.

Mam do tego prawo!

Dlatego mam prawo mieć kiepski humor. Mam prawo wkurzyć się na rachunek za gaz, który wybrał zły dzień na przyjście. Mam prawo usypiać cyckiem, wsadzić dziecko w nosidło i bujać je na piłce po trzech nieudanych próbach uśpienia. Mam prawo bluzgnąć w duchu, gdy po paru minutach drzemki przyszedł facet od wodomierza. Mam prawo mieć pretensje do świata, że zawraca mi dziś głowę. Mam prawo zjeść całą paczkę biszkoptów i poprawić babeczką. Mam prawo nie umyć włosów i chodzić w dresie. Mam prawo przymknąć oko na to, że Piotruś dłubie w głośniku, chociaż wiem, że jego tata się na to wkurza. Mam prawo zdenerwować się na psa, który uznał moje biuro za toaletę. Mam prawo odliczać godziny do 16-stej, żeby przekazać dziecko mężowi i mieć chwilę spokoju. Mam prawo mieć bałagan w domu i popijając kawę, patrzeć na rozrzucone w salonie zabawki. Mam prawo być cholernie nieperfekcyjną matką i kobietą.

Czasem zwyczajnie wszystko mnie przerasta. Może wydawać się, że tak dobrze ogarniam życie – dziecko, pracę, dom. Ale nie zawsze tak jest i nie mam zamiaru udawać, że mam wszystko pod kontrolą. Gdy mam zły dzień, kłócę się z mężem i mam chwilami dosyć swojego dziecka. Mam wtedy w dupie bałagan w kuchni i naczynia w zmywarce. Zamiast zeskrobywać owsiankę z podłogi oglądam odcinek ulubionego serialu. W końcu czas spędzony na poprawianiu swojego nastroju nie jest czasem straconym. Pozwalam sobie na to, bo wiem, że dzięki temu jutro będzie lepiej.

Macierzyństwo bywa przytłaczające. Do tego praca, życie, ta cała odpowiedzialność. To wszystko nie jest łatwe. Jednego dnia mogę być bohaterem swojego domu, a drugiego nie chce mi się wystawić nosa spod kołdry i sukcesem jest umycie zębów. Do tego też mam prawo. Jestem szczęśliwa, lubię swoje życie i kocham moich facetów. Mam pracę, która przynosi mi ogromną satysfakcję. Ale są dni, kiedy jedyne o czym marzę, to łóżko, gorąca herbata i książka. I do tego też mam prawo!

Zdeklarowana freelancerka - Surface Pattern Designer. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Wyciskacz doby i ogarniacz chaosu.

Poprzedni wpis
Kolejny wpis
Więcej w Prywatnie
Pół roku BLW
Pół roku BLW – podsumowanie, wnioski i przemyślenia

To już rok!

Zamknij