Czas Chronos i Kairos matczynej codzienności

Czas Chronos i Kairos matczynej codzienności

Czas to bardzo delikatny temat w kwestii macierzyństwa. Wiecznie jest go za mało, zawsze płynie za szybko, a gdy dziecko ma gorszy dzień, nieubłaganie się wlecze.


Carpe diem – chciałoby się rzec. Dzieci tak szybko rosną, więc chłońmy każdą sekundę z ich pięknego życia. Jednak w marudny dzień ciężko jest carpe nawet te piętnaście minut z rzędu, a co dopiero cały diem. Taką radą można co najwyżej rozwścieczyć zmęczoną matkę.

Istnieje presja społeczeństwa, mediów, żeby radośnie przeżywać każdą chwilę jako matka. Powinnyśmy w rodzicielskiej ekstazie wykonywać wszystkie codzienne obowiązki. Tak jak te uśmiechnięte panie w reklamach pampersów i słoiczków, czy instagramowe matki ukrywające się pod maską ideałów. Nie ma miejsca na smutek, zmęczenie, frustrację czy narzekanie. Właśnie przez tę presję często czujemy się winne, gdy zwyczajnie nie dajemy rady i czekamy aż trudny dzień wreszcie się skończy.

Carpe diem nie zawsze działa. Ale jest też inna teoria.

Chrześcijanie rozróżniają dwa rodzaje czasu. Chronos to zwykły czas, minuta po minucie, ten, w którym żyjemy. To wczesne pobudki, wyczekane drzemki i wpatrywanie się na zegarek w oczekiwaniu na zbyt długo wracającego z pracy męża. Jest też Kairos, czas poza czasem, metafizyczny. To te magiczne chwile, kiedy wszystko zdaje się stawać w miejscu, kiedy jestem tu i teraz. To ten moment, kiedy patrząc na swojego syna widzę, jaki jest cudowny.

Czas Chronos i Kairos matczynej codzienności

Jak podczas wieczornej kąpieli, gdy nie mogę napatrzeć się na to słodkie, różowe ciałko. Gdy przestaję cokolwiek robić i patrzę na Piotrusia, dostrzegając jego brązowe oczy, piękny uśmiech i oczywiście te dwa dołeczki na policzkach. Wdycham słodki zapach jego główki i głaszczę go po krótkich włoskach. W takich chwilach myślę sobie, że stworzyliśmy istotę idealną.

Z drugiej strony, czas Chronos to te długie 15 minut w samochodzie, kiedy Piotruś jest zmęczony, ale nie chce zasnąć. To 10 koszmarnych minut w kolejce w sklepie, kiedy denerwuję się na powolną kasjerkę. To godzinne usypianie, kiedy nie mam już siły na cokolwiek, a mój syn wręcz przeciwnie. To bezsenne noce i długo wyczekiwane drzemki.

To są właśnie te chwile, które tak męczą. Te poza całym sensem i urokiem macierzyństwa, ale nieuniknione.

Na szczęście bardzo łatwo można przejść z Chronosu do Kairosu. Gdy uspokajam przez długie minuty płaczącego, ząbkującego Piotrusia, wystarczy, że go przytulę i uświadomię sobie, jakie to szczęście, że mam kogo przytulać. Że mamy zdrowego, pięknego i kochanego syna i niektórzy oddali by wszystko, żeby znaleźć się w tej sytuacji. Więc przytulam go mocniej i dziękuję sobie, światu, Bogu za to, że go mam. Czysty Kairos. Albo wtedy, gdy wieczorem wtulam się w to małe pachnące ciałko i słucham, jak spokojnie oddycha. Widzę jak wierci się i uśmiecha przez sen. Chronosu z długiego usypiania już nie ma. Tylko Kairos.

Chwile Kairos przychodzą znienacka i szybko mijają. Dlatego trzeba umieć je dostrzegać i akcentować. Bo zdarzają się każdego dnia. A wieczorem, przed snem, mogę nie pamiętać już, jakie to były konkretnie momenty, ale wiem, że były. Właśnie dla nich warto stawiać czoła wyzwaniom macierzyństwa, bo wynagradzają trud codziennego wychowywania. To właśnie dzięki nim dzień jest udany.

Carpe kilka chwil Kairos każdego dnia. To wszystko.

Zdeklarowana freelancerka - Surface Pattern Designer. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Wyciskacz doby i ogarniacz chaosu.

Poprzedni wpis
Kolejny wpis
Więcej w Macierzyństwo
Pół roku BLW
Pół roku BLW – podsumowanie, wnioski i przemyślenia

To już rok!

Zamknij