I na co ja narzekam?

Przyszłam na świat jako wcześniak, starsza (o 5 minut) z bliźniaczek, mierząc 42 cm i ważąc 2240 gram. Moja siostra była ode mnie o 11 cm dłuższa i 600 gram cięższa. Urodziłam się z prawą nogą znacznie krótszą od lewej, więc rodzice od pierwszych chwil jeździli ze mną na różnego rodzaju konsultacje, badania i rehabilitacje.


Mieli ciężko. Tata pracował, zdążył dopiero co objąć nowe stanowisko, więc cudem wyrwał się, by odebrać nas po miesiącu ze szpitala. Często chorowałyśmy. Mieszkaliśmy w bloku, na trzecim piętrze, bez windy. A była nas trójka. Na świecie od 1,5 roku był już nasz starszy brat. Każde wyjście na spacer było wyprawą. Codziennie koło południa sąsiad pomagał mamie znieść wózek, by ona z trójką dzieci pod pachą mogła wyjść z domu.

Była komuna. Wszystko było na kartki. Na dziecko przysługiwało 30 pieluch, z czego mój brat przez pierwsze dwa dni życia obsrał 28. Pieluch tetrowych oczywiście. Nie było centrów handlowych, mało kto miał samochód. Nie było internetu, gdzie osamotniona matka mogła wylać swoje żale w chwili słabości. Nie było świecących, grających zabawek i wymyślnych ubranek. Nie było nosideł ergonomicznych i leżaczków-bujaczków.

I na co ja narzekam?

Pytam więc ostatnio moją mamę:

– Mamo, czy jak tak siedziałaś z naszą trójką na wychowawczym, całe dnie sama, zajmując się nami, to czy miałaś czasem tak zwyczajnie dość nas i tego wszystkiego?
A mama na to:
– Nie, wy byłyście grzeczne, jak chciałam coś zrobić to rozkładałam w przedpokoju koc i same się bawiłyście.

Pytam się więc – co ja do jasnej cholery robię źle?! Czy moje dziecko to te same grzeczne geny?

Mój syn owszem, potrafi chwilę zająć się sobą, ale jest to raczej bliższe pięciu minutom niż godzinie. Na chwilę spuszczę go z oka i już dobiera się do psiej karmy albo biegnie po schodach. Może kluczem jest towarzystwo, nas była w końcu trójka. Ale gdy zostawić Piotrusia z Marysią, to jest jeszcze gorzej. Brothers in crime.

Prawda jest taka, że życie nas rozpieszcza. Razem z mężem mieliśmy po ślubie taki start, o którym moi rodzice mogli tylko marzyć. Mamy swój dach nad głową, pracę, samochody, i co najważniejsze, zdrowe dziecko. Jak nie chce mi się gotować, zamawiamy sushi lub chińszczyznę. Jak mam dosyć siedzenia w domu, wsiadam z Piotrusiem w samochód i jedziemy do galerii handlowej. Gdy mam gorszy dzień, dzwonię do siostry, albo żalę się przyjaciółce na Facebooku.

I na co ja narzekam?

Przez te lata nieco zmodyfikował się nasz parter piramidy Maslowa. Podstawowe potrzeby naszego pokolenia to już nie tylko jedzenie, ubranie i dach nad głową. Wystarczy, że zabraknie dostępu do internetu i człowiek czuje się przynajmniej nieswojo. Gdy padnie bateria w komórce i nie ma pod ręką ładowarki, nie wiadomo co ze sobą zrobić. Nasze minimum jest daleko od tego, o którym marzyli nasi rodzice. Pieluchy nie są żadnym problemem, Dadę kupisz w Biedronce za rogiem. Ubranka dla dzieci są teraz tak stylowe, że sama zazdroszczę mojemu synowi.

I na co ja narzekam? Gdy Piotruś ma gorszy dzień, myślę o mojej mamie. Gdy od rana marudzi i płacze, mnożę to sobie przez trzy. Gdy przy ubieraniu ucieka z założoną jedną nogawką spodni, mnożę to przez trzy. Gdy na spacerze jęczy i co chwilę ściąga czapkę, mnożę to przez trzy. Gdy przy śniadaniu rzuca jedzeniem na lewo i prawo, mnożę to przez trzy. Gdy nie chce zasnąć, mnożę to przez trzy.

I na co ja narzekam?

Zazdroszczę trochę rodzicom tego, w jakich czasach przeżywali swoje pierwsze lata jako rodzina. Zazdroszczę im, że byli zdani tylko na siebie. Że nie spędzali wieczorów każdy z nosem w swoim laptopie. Nie mieli aparatów cyfrowych, więc chłonęli każdą chwilę z nami, by zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół. Każdy nasz uśmiech, pierwszy krok, pierwsze słowo. Nasi rodzice doceniali to co mieli, nie wyolbrzymiając jakichś błahych problemów. Mieli ciężko, ale trudne chwile zbliżają ludzi do siebie.

Czasy się zmieniają. Wszystko idzie do przodu. Ciężko jest oczekiwać, że zrezygnujemy z komputerów, Instagramów i Facebooków, by siedzieć wieczorem wpatrzeni w siebie. Wśród tych wszystkich udogodnień tracimy z pola widzenia to, co najważniejsze. Chcę jak najczęściej dostrzegać to, co było tak oczywiste dla naszych rodziców.

Codziennie staram się chłonąć chwile, które są tylko nasze.
Godziny zabaw z Piotrusiem, bez smartfona, aparatu i Instagrama.
Staram się choć kilka wieczorów w tygodniu spędzać tylko z mężem, bez laptopa, pracy i bloga.
Staram się, choć nie jest łatwo się odłączyć.
Staram się doceniać to co mam.
Bo mam naprawdę wiele.

I na co ja narzekam?

Zdeklarowana freelancerka - Surface Pattern Designer. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Wyciskacz doby i ogarniacz chaosu.

Poprzedni wpis
Kolejny wpis
Więcej w Macierzyństwo, Prywatnie
Podsumowanie roku 2015 i plany na 2016

Ten magiczny czas

Zamknij