Druga strona medalu

Małe dziecko w domu to nie tylko czysta radość i zapach niemowlęcej główki. Drugą stroną tego słodkiego medalu jest jeden wielki, wszechogarniający bajzel.


Zabawki rozrzucone są w salonie, kuchni, łazience, bo plac zabaw szybko wychodzi poza granice dziecięcego pokoju. A przecież mój Piotruś na dobrą sprawę dopiero zaczął się przemieszczać. Co to będzie później. Idąc do kuchni potykam się o rozrzucone klocki, a w drodze do łazienki zdeptuję stado gumowych kaczek. Siadając na kanapie eksmituję z niej rodzinę pluszaków, a w wolnych chwilach wydłubuję jedzenie z dywanu. Po raz setny wkładam do pudełka powyciągane chusteczki i odkładam pieluchy na miejsce. Ot, życie.

Druga strona medalu

Jeśli ktoś jest typowym pedantem i decyduje się na dziecko, taki stan rzeczy może być powodem poważnych palpitacji serca. Ja na szczęście do tego gatunku nie należę, bliżej mi do bałaganiary niż perfekcyjnej pani domu. Dlatego pewien poziom bałaganu mieści się w moich akceptowalnych granicach. Jeśli wieczorem, po uśpieniu dziecka, da się doprowadzić salon do normalnej postaci w ciągu 15 minut, to nie jest jeszcze tak źle.

Przy niemowlaku, który intensywnie i z zapartym tchem poznaje świat, każdego ranka przez mieszkanie przelatuje tornado. Wszystkie zabawki w mgnieniu oka wyskakują z półek, szafek i pudełek, stając się elementami architektury domowego krajobrazu. Każdy zakątek kuchni jest świadomy tego, że jadło się tutaj śniadanie. Oj jadło się. Mamy teraz dwa rozwiązania – albo się z tym pogodzić, albo próbować z tym walczyć. Druga opcja prawdopodobnie bardzo szybko zakończy się fiaskiem. No bo jak tu zapanować nad radosną zabawą dziecka? Jestem jeszcze na tyle młoda, że pamiętam co nieco swoje dzieciństwo. Pamiętam, że zabawa była najfajniejsza wtedy, kiedy można było najbardziej się wyszaleć. Razem z rodzeństwem zawsze wywalaliśmy reklamówę klocków lego na środku pokoju, krzycząc „Mamoooo, pobawimy się klockami, wysypiemy, ale posprzątamy!!”. Budowaliśmy bazę z koców i krzeseł, a oglądając Yattamana wywrócone krzesła służyły nam za nasze pojazdy-roboty. Bo świetna zabawa nie lubi ograniczeń.

Druga strona medalu

Dlatego teraz, patrząc na bawiącego się Piotrusia, staram się nie widzieć tego bałaganu. Tych klocków, które same włażą pod nogi, rozszarpanych gazet, resztek jedzenia wgniecionych w dywan i ciśnieniomierza, który okazał się być świetną zabawką. Staram się patrzeć na to jego oczami. Te wszystkie zabawki to jego radosny świat. To pole bitwy, tor wyścigowy, to masa bodźców i nowych wrażeń. Kolorowe, grające pianinko i gumowe zabawki nie pasują do wystroju salonu? Trudno, niech nie pasują. O ile lżej na psychice jest nie widzieć tego jako bajzel, armagedon i koniec świata. To się posprząta, prawdopodobnie w kilka minut. A swobodny rozwój i zabawa to synonim szczęśliwego dzieciństwa.

Nie będę odbierać dziecku tej radości. Bałagan dziecięcego świata będzie towarzyszył nam jeszcze przez lata. Im szybciej zacznę sobie z tym radzić, tym lepiej dla wszystkich. Jest masa rzeczy, które wyprowadzają mnie z równowagi i tyle ich wystarczy. Za kilkanaście lat ten bajzel zniknie. Dzieci dorosną, wyjadą na studia i jeszcze będzie mi brakować torów rozłożonych na środku salonu, klocków i irytująco grających samochodzików. Bałagan to część tej pięknej przygody, jaką jest macierzyństwo. Nie da się bez tego. Dlatego co wieczór z uśmiechem sprzątam te zabawki, by rano tornado mogło przejść na nowo.

Druga strona medalu

Zdeklarowana freelancerka - Surface Pattern Designer. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Wyciskacz doby i ogarniacz chaosu.

Poprzedni wpis
Kolejny wpis
Więcej w Macierzyństwo
Dlaczego karmienie piersią jest fajne?

Sacrum

Zamknij