Ups, time’s up!

Dwa miesiące. Taki dałam sobie umowny czas na ogarnięcie życia po porodzie i powrót do jako takiej regularnej pracy. Eheee… Dwa miesiące właśnie minęły. Czy jestem w stanie przejść na tryb pracujący? Cóż… Nie.

Od początku powtarzałam sobie, że moja wyznaczona granica jest granicą jak najbardziej rozmytą, bo przecież nikt nade mną nie stoi i nie zagoni do roboty, gdy nie będę na to gotowa. To tak na wszelki wypadek, żeby usprawiedliwić ewentualną porażkę. Ale wiedziałam też, że nie wyznaczając sobie takowej daty, nigdy nie zabiorę się do pracy. Dwa miesiące wydawały się takie odległe, wyglądało realnie.

I oto już miesiąc temu w czasie jednej z długich drzemek małego stwierdziłam, że to już czas, mam wszystko pod kontrolą, dziecko grzeczne, to startuję! Wzięłam jedno spore ale (jak się wydawało) szybkie zlecenie. W tym momencie świat postanowił sprowadzić mnie na ziemię. Zgodnie z prawem Murphy’ego, jak coś ma się spieprzyć to spieprzy się szybciej i bardziej niż myślisz. Zaplanowałam idealnie pracę na dwa popołudnia plus weekend na podgonienie i będzie po sprawie. A tu po stronie zleceniodawcy tygodniowe opóźnienie, dziecko w międzyczasie wskoczyło w pierwszy skok rozwojowy i było delikatnie mówiąc trudne, mąż się rozchorował i nie podchodził do małego, gdy wyzdrowiał, ja się rozchorowałam, a deadline za pasem. Potem jeszcze milion zmian ze strony klienta i wreszcie po trzech tygodniach z rozstrojem nerwowym po drodze, udało się zlecenie skończyć.

Moja taktyka na wyłapanie kilku godzin do pracy przekształcała się z dnia na dzień:

Wersja pierwsza

Oczekiwania: będę zaczynać rano, po 6-stej, kiedy Piotruś zalicza jeszcze pośniadaniową drzemkę, a umysł ponoć wtedy jest najwydajniejszy.
Rzeczywistość: Synek mnie przechytrza i tej drzemki nie zalicza. Praca przesuwa się na 16-stą, kiedy już nic mi się nie chce.

Wersja druga

Oczekiwania: od razu zakładam, że do południa nic nie zrobię. Będę pracować po 16-stej, jak mąż wróci z pracy i zajmie się dzieckiem.
Rzeczywistość: Mąż chory, syna omija szerokim łukiem, więc zostaje praca jedną ręką, z dzieckiem na drugiej.

Wersja trzecia

Oczekiwania: dziecko od rana w chustę, to będzie spokojne, i będę tak pracować.
Rzeczywistość: Zawijam. Chce jeść. Odwijam. Karmię. Zawijam. Zasypia. Za 5 minut się budzi. Robi kupę. Odwijam. Przewijam. Zawijam. Dzwoni domofon. Listonosz z paczką. Odwijam. Lecę do furtki i odbieram paczkę. Wracam. Zawijam. Śpi! Siadam do komputera. Mija pół godziny. Płacz. Chce jeść. Odwijam…

Wersja czwarta

Oczekiwania: będę pracować wieczorem, gdy Piotruś pójdzie już spać.
Rzeczywistość: Gdy po trzech godzinach usypiania wreszcie zasypia, ja nie mam już siły i padam na twarz.

Nie wiem jak udało mi się zakończyć ten projekt, biorąc (absurdalnie, wiem) po drodze jeszcze jeden. Kobieta jednak potrafi, carpie diem nabiera nowego znaczenia, a wysokość zasiłku z ZUSu napędza motywację. Z tej „próby” wyciągnęłam kluczowy wniosek – nic na siłę. Na super extra wydajność i zawrotną karierę przyjdzie jeszcze czas. Teraz praca ma być przyjemnością, bo przecież nie muszę. Państwo mnie utrzyma (hehe). Trzeba brać na razie pojedyncze zlecenia, najlepiej ciekawe i/lub dobrze płatne. Żeby nie zwariować i czerpać z tego jakąś przyjemność.

Czy przejdę teraz na ten regularny system pracy? Nie. Jeszcze nie. Ale doszłam w sumie do takiej sytuacji, o jaką zawsze chodziło mi we freelancingu. Jestem wybredna i nie biorę wszystkich zleceń jak leci. Pracuję nad jednym, góra dwoma projektami jednocześnie, dzięki czemu nie czuję się przytłoczona. Nie siedzę przed komputerem od 8 do 16, bo zwyczajnie się nie da. Prawda jest taka, że dopóki synek nie przestawi się na regularny rytm dnia, nie mam szans zaplanować dokładnie czasu na pracę i obiecać, że zrobię coś „na jutro do 15stej”. Założę się, że jak na złość do 15stej Piotrek nie zmruży oka. Ale czy taki stan rzeczy jest porażką? Nie. Dopóki czuję satysfakcję z tego co robię i spełniam się jako mama, ten chaos jest dla mnie akceptowalny. Raz uda się zrobić więcej, raz mniej, ale to nie praca i pieniądze są teraz najważniejsze. Jeśli godzenie pracy z macierzyństwem będzie jeszcze przez jakiś czas oznaczało pracę na stojąco przy laptopie, majtając dzieckiem w chuście aż się uspokoi albo prędzej kolka mnie złapie, trudno – biorę to na klatę, w końcu jestem freelance mamą ;)

Ups, time's up!

Ups, time's up!

Ups, time's up!

Zdeklarowana freelancerka - Surface Pattern Designer. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Wyciskacz doby i ogarniacz chaosu.

Poprzedni wpis
Kolejny wpis
Więcej w Kariera, Prywatnie
To już miesiąc!

Nazwa czy nazwisko, czyli branding freelancera

Zamknij